wtorek, 3 stycznia 2012

Spirit of the Tiger James Heeley

Koty nigdy nie pozostawiały ludzi obojętnymi. Domowy mruczek czy groźny, ryczący lew, nieważne, ludzie przypisywali i przypisują tym zwierzętom właściwości magiczne, wpisują je w porządek symboliczny swoich kultur oswajając i trzymając w domach lub uciekając przed nimi , czcząc jako inkarnacje bóstw lub w bestialski sposób zabijając jako wcielenie złego ducha. Koty fascynują nas zachwycając swoim pięknem i wdziękiem i budząc grozę drapieżnością i siłą. Z takiej ambiwalencji emocji i postaw narodziło się, jak myślę, pachnidło o którym chciałabym dziś opowiedzieć.




Wierzchem na tygrysie.




Stare, chińskie przysłowie głosi, że choć dosiadanie tygrysa jest trudne i niebezpieczne prawdziwe problemy zaczynają się później, gdy już siedzi się wielkiemu prążkowanemu kotu na grzbiecie. Trudno jest jechać wierzchem na tygrysie i próbować utrzymać się na grzbiecie (a tygrys pewnie narowistym bywa wierzchowcem), ze świadomością, że nie można zsiąść i nie można dać się zrzucić, wtedy bowiem trafi się prosto w ostro opazurzone łapy, pod bezlitosne, tygrysie zęby.



Z Spirit of the Tiger Heeleya jest dokładnie na odwrót. Najtrudniej jest dosiąść tygrysiego grzbietu i utrzymać się na nim przez kilkanaście pierwszych minut. Spirit of the Tiger bowiem rozpoczyna się godnym swego imienia kamforowym rykiem. Potężnym, donośnym, niskim i basowym, kamfora wręcz wżera się z śluzówki nosa a dołączająca do niej mięta jest przynajmniej tak agresywna jak prawdziwy tygrys.

Nie będzie niczym zbytnio odkrywczym gdy napiszę, że Spirit of the Tiger w tej chwili pachnie jak tygrysi balsam u nas znany bardziej jako maść z kotkiem.
Pamiętam ze wczesnego dzieciństwa te małe, czerwone metalowe puszeczki z wizerunkiem sympatycznego prążka na wieczku. Wypełnione były tłustą, gęstą, żółtą mazią pachnącą bardzo intensywnie, i jak na mój nos, bardzo paskudnie. 


Pierwsze chwile z Spirit of the Tiger były więc dla mnie powtórzeniem zapachowej traumy z dzieciństwa.
Ostry, chłodny, medyczno- ziołowy początek skrywa jednak ducha tych perfum, gorącą przyprawową ferrię, która powoli ociepla panoszący się w otwarciu mentol, a w końcu rozgania go niemal całkowicie. Tygrysi ryk wściekłości przycicha do pomrukiwania ale nie jest to wcale leniwe mruczenie domowego piecucha. Nawet nieco senny, zadowolony tygrys nie staje się oswojonym kotkiem, na skórze rozsnuwa się pulsujący, gorzkawy cynamon w postaci suchych wiórków, drapiące w podniebienie, świeże, wciąż jeszcze wilgotne goździki, nieco cierpki kardamon a wszystko to suto posypane czarnym, palącym pieprzem. Z prążkowanej gardzieli od czasu do czasu wydobywa się przytłumiony warkot i  wtedy tygrys dmucha nam prosto w nozdrza szorstkim, dymnym wetiwerem. 
Zapach jest gorący jak oddech prawdziwego dzikiego zwierza- ale gdzieś przy samej skórze smużą się gdzieniegdzie wciąż tony mięty. Nie jest to jednak żrący mentol z otwarcia pachnidła- to raczej miękkie, chłodne, świeżo zerwane młode miętowe listki, które stanowią ciekawy kontrapunkt dla temperatury całej kompozycji.
Spirit of the Tiger długo trwa na skórze przez kilka ostatnich godzin czai się tuż przy ciele i chowa w rękaw swetra. U zmierzchu zapach zdaje się mięknąć, tracić kontur, wytraca część swojej potęgi, mocy i przyprawowej szorstkości na rzecz miękkości podobnej do tej, jaką moja wyobraźnia przypisuje tygrysiemu futru. 
Nie dam się jednak nabrać, nie zapomnę, że to drapieżnik.


Ilustracja pierwsza pochodzi ze strony http://history.cultural-china.com/en/38History9408.html
Ilustracja druga to grafika Yang Wan Min'a

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...