Dla zapachów Prady mam bardzo ambiwalentne uczucia. Podziwiam, szanuję, z przyjemnością tropię, ale na kimś. Prada sygnuje pachnidła perfekcyjne, chłodne, zdystansowane, eleganckie, tworzy wonne ramy dla nosicielki perfum. Aby wypełnić je adekwatną, nie tworzącą dysonansu treścią kobieta, w moim wyobrażeniu, winna być tak perfekcyjna jak zapach, ładna urodą reklam, starannie umalowana, uczesana na gładko, bez jednego niesfornego kosmyka, dumnie i z godnością płynąca przez przestrzeń na bardzo wysokich obcasach. Ja na moich szpilkach licząca sobie ponad metr dziewięćdziesiąt ciągle się potykam, miast majestatycznie stawiać kroki wciąż się śpieszę i plączę stopy, jestem nieustannie rozczochrana i nieumalowana i zupełnie nieładna. Całkiem więc do Prady nie pasuję.
Zapach, o którym dziś chcę pisać dodatkowo straszył mnie aurą "zapachu czystości", mydła, proszku, świeżego prania. A to zupełnie nie moje olfaktoryczne klimaty, nie to, żebym się jakoś szczególnie czystością brzydziła ale jeśli mam ochotę nią pachnieć po prostu idę pod prysznic zaopatrując się wprzódy w dużą ilość środków higieny osobistej. Obawiałam się też nieco rzekomej pudrowości perfum, akordu, który zwykle dusi mnie i dławi, zabiera tlen a same perfumy czyni dla mnie klaustrofobicznymi (i fobicznymi na różne inne sposoby).
Nie zabiegałam zbytnio gorliwie o testy i poznałam tą kreację Prady długo, długo po premierze. I było to jedno z najmilszych wonnych rozczarowań, jakich doznałam podczas moich pachnących podróży zapach bowiem tak miał się do moich wyobrażeń o nim jak.... irys do białej koszuli.
