Nie znam jego imienia, nie wiem jakiego koloru są jego oczy. Przychodzi tylko nocą. Bezszelestnie skrada się pod osłoną ciemności nieomylnie odróżniając mój oddech od wielu innych oddechów, węchem albo bezbłędnym instynktem odnajdując drogę w mroku. Choć czekam wyczulając wszystkie zmysły żaden szmer nie zapowiada jego przybycia, wydaje się, że nieruchome powietrze gęstnieje, ciemność materializuje się w nagie ciało mężczyzny, smukłe, smagłe, gładkie jak skrzydło nietoperza. Na twarz, ledwo majaczącą pośród nocy spadają gęste, twarde, długie włosy, które można głaskać, można bawić się nimi, można mocno wbić palce w ekstazie przyciągając jego głowę do siebie.
Przybysz zamiera w bezruchu nachylony nad moim posłaniem. Nasłuchuje przez chwilę, kładzie palec na ustach gestem nakazującym milczenie i cicho wślizguje się pod przykrycie a dotyk jego jest jednocześnie mocny i delikatny jak kocie futro.
Przybysz zamiera w bezruchu nachylony nad moim posłaniem. Nasłuchuje przez chwilę, kładzie palec na ustach gestem nakazującym milczenie i cicho wślizguje się pod przykrycie a dotyk jego jest jednocześnie mocny i delikatny jak kocie futro.