Wystraszona niezwykłą zgodnością Sabbath i moją dotyczącą odbioru, wrażeń i doświadczeń z Passage d'Enfer dziś chciałabym opowiedzieć o zapachu z grupy, o której Sabbath raczej nie pisze. Będzie to kolejny stary szypr, dziwaczny, mocarny relikt minionej epoki zaskakujący, i to zaskakujący podwójnie. Pierwsze zadziwienie dotyczy daty powstania. Pachnidło miało swoją premierę w roku 1953 jest więc dość wiekowe, ale mój nos i moja wyobraźnia lokuje je znacznie wcześniej, w końcówce XIX wieku lub, najpóźniej, na przełomie stuleci. Drugie zaskoczenie to osoba twórcy. Kreatorką perfum, o których mowa jest kobieta, Germaine Cellier. A ja dałabym, jeśli już nie głowę, to przynajmniej rękę sobie uciąć, że zapach ten stworzył mężczyzna. I to nie byle jaki mężczyzna a rozpustnik z przełomu wieków, elegancki i zepsuty do szpiku kości, zwodzący na manowce panny z dobrych domów dandys, którego nazwisko wspomina się w przyzwoitym towarzystwie tylko szeptem- ale z rumieńcami na twarzy.