Nie żywię jakiejś szczególnej sympatii do domu perfumeryjnego Clive Christian. Producent chwalący się tym, że oferuje najdroższe perfumy świata i czyniący z tego faktu slogan reklamowy budzi niechęć, nie zabiegałam zatem nigdy zbyt gorliwie o zawarcie znajomości z jakimikolwiek jego kreacjami. Próbki V for Man i V for Women, które dzięki uprzejmości perfumerii Quality Missala otrzymałam potraktowałam iście po macoszemu zsyłając je, nietestowane, w kąt szuflady.
Teraz biję się w piersi, ze wstydem i skruchą. Nie mogę, po prostu nie mogę zbyć tych zapachów pogardliwą obojętnością bądź milczeniem. Są piękne, oba; piękne opowieści noszą w sobie. Dziś kadzidlany V for Man, mimo traumatycznego dla mnie otwarcia (z racji na zawartość znienawidzonego białego pieprzu) to zapach absolutny, w takim znaczeniu w jakim absolutne są dzieła Poe'go w których każdy szczegół, każdy, najmniejszy element jest istotny dla opowieści i wpleciony w nią.
Teraz biję się w piersi, ze wstydem i skruchą. Nie mogę, po prostu nie mogę zbyć tych zapachów pogardliwą obojętnością bądź milczeniem. Są piękne, oba; piękne opowieści noszą w sobie. Dziś kadzidlany V for Man, mimo traumatycznego dla mnie otwarcia (z racji na zawartość znienawidzonego białego pieprzu) to zapach absolutny, w takim znaczeniu w jakim absolutne są dzieła Poe'go w których każdy szczegół, każdy, najmniejszy element jest istotny dla opowieści i wpleciony w nią.