Są takie zapachy, które chciałbym polubić. Chciałabym by dobrze układały się na mojej skórze, bym pięknie nimi brzmiała. Są nuty, których szukam w różnym wcieleniu, łudząc się, że w końcu znajdę takie, które naprawdę mi się spodoba; są perfumy, wokół których krążę miesiącami albo całymi latami testując, kupując flakony i puszczając je w świat. To w sumie dość głupie świat bowiem pełen jest różnego asortymentu pachnideł, ich wybór jest tak bogaty, że mogę wręcz kąpać się w bardzo "moich" zapachach i im poświęcać tylko czas, uwagę i miejsce na mojej skórze zamiast gonić za fantazmatem piękna, które nie jest moim pięknem. Ale moja obsesyjna natura do mądrych nie należy wiele więc muszę jej wybaczyć, między innymi tą nieracjonalną skłonność. A czynię to tym chętniej, że zdarza się, rzadko po prawdzie ale jednak, że duch mój odniesie zwycięstwo nad upartą materią zapachu i nagle jakieś pachnidło objawi mi w końcu swoją magię.
Tak się własnie stało z bohaterem tej opowieści. No, prawie.