Dziś będzie ekshibicjonistycznie, uprzedzam. A wszystko przez Justynę i ten wpis. I przez zapach. Zapach przywodzi mi na myśl miejsce, post Justyny daje pretekst do zboczenia w osobiste rejony.
Na początku wyznanie: nie lubię ludzi. Nie żebym pluła na ich widok lub czyniła z premedytacją złośliwości ale pracując z nimi po osiem, dziesięć godzin dziennie w bezpośrednim kontakcie i przy bardzo dużych nakładach emocjonalnych wieczorami mam po prostu dość i marzę tylko o spokoju, samotności i ciszy. Dlatego, gdy tylko pogoda pozwala, wsiadam na rower i uciekam na odludzia, do lasu, na łąki. Przedzieram się przez chaszcze, mokradła i piachy, jeżdżę po leśnych duktach szukając miejsc pięknych i pustych. A jak już znajdę kładę się na ziemi i gapię się w niebo nadsłuchując jak rośnie trawa. Albo zabieram się do lektury zabranej z domu książki. Odpoczywam, znikam, nie ma mnie.