Horror vacui czyli lęk przed próżnią to tendencja w sztuce- malarstwie, rzeźbie, architekturze, ba, nawet w muzyce, polegająca na pokrywaniu, zdobieniu, dekorowaniu całej przestrzeni dzieła bez pozostawiania pustego tła. Obecna jest w wielu kręgach kulturowych, między innymi w sztuce subkontynentu indyjskiego, Indian, Celtów, Rzymian a także w islamskich arabeskach, niektórych średniowiecznych miniaturach, baroku oraz w niektórych prądach sztuki współczesnej.
Ostatnie perfumeryjne testy przekonały mnie, że pustki lękają się także niektórzy kreatorzy perfum. I to wcale nie pochodzący z gdzieś z tajemniczego Wschodu a zaskakująco bliscy i znajomi oraz wcale nie zagrzebani w pomrokach dziejów, pachnidło, o którym mowa miało swą premierę zaledwie kilka miesięcy temu.
...czyli opowieści o moich fascynacjach, w zamiarze zapachowych. Choć moją dygresyjność znając będzie nie tylko o perfumach.
piątek, 9 marca 2012
środa, 7 marca 2012
Patchouli 24 Le Labo
Dni temu kilka indagowałam Wiedźmę z Podgórza na Jej blogu w sprawie tajemniczej, nieznanej mi nuty, którą umieściła w spisie pod recenzją zapachu Jeke ze stajni Slumberhouse. Cade. Cóż to takiego jest, to "cade". Jeke nie dane mi było poznać ,nie było więc mowy o rozpoznaniu zapachu "na nos", Fragranitca zaś, zwykle chętnie dzieląca się wszelką olfaktoryczną wiedzą zachowywała niezwykłą dla siebie dyskrecję. Szybki przegląd znanych bardziej lub mniej języków zasugerował, że "cade" ma jakiś związek z jałowcem, dalsze poszukiwania na własną rękę plus komentarz Michau2312 zidentyfikowały wreszcie cade jako olejek z jałowcowego drewna.
Nie umiałam jednak wyobrazić sobie czym różni się nuta "cade" od "juniper". Choć Jeke nadal nie znam po powąchaniu i przetestowaniu na własnej skórze bohaterki dzisiejszej opowieści różnicę tą rozumiem i czuję. I to wszystkimi zmysłami.
wtorek, 6 marca 2012
Dark Purple Montale
Jakie to szczęście, że mamy dopiero początek marca! Jakie to szczęście, że większość słodko- i nekarolubnych owadów śpi jeszcze głębokim snem zimowym! Moje wczorajsze perfumeryjne testy niechybnie przyciągnęły by do mnie wszystkie pszczoły, osy i szerszenie z promienia jakichś dwudziestu kilometrów. Mogłoby dla mnie skończyć się to tragicznie, chyba że opanowałabym umiejętność, którą posiadł człowiek na fotografii.
Wczoraj, z racji na chłodną jeszcze porę, skończyło się jedynie lekkim bólem głowy i wrażeniem bycia wytarzaną w zagęszczonym, ulepnym owocowo- kwiatowym soku. Oraz, przy tym wszystkim dość zaskakującym, wrażeniem obcowania ze wcale niezłym, choć zupełnie nie moim pachnidłem.
Wczoraj, z racji na chłodną jeszcze porę, skończyło się jedynie lekkim bólem głowy i wrażeniem bycia wytarzaną w zagęszczonym, ulepnym owocowo- kwiatowym soku. Oraz, przy tym wszystkim dość zaskakującym, wrażeniem obcowania ze wcale niezłym, choć zupełnie nie moim pachnidłem.
poniedziałek, 5 marca 2012
Oud Francis Kurkdjian
Oud nie jest moją ulubioną nutą. Nie obawiam się zwierzęcych aspektów oudowego akordu elementy zwierzęce bowiem w perfumach zwykle lubię ale agar potrafi układać się na mnie w sposób, który wskazuje wyraźną proweniencję jego woni do zapachu stacji benzynowej albo, co gorsze, gabinetu dentystycznego. Samochodu nie prowadzę a w poczekalni u stomatologa dość się w życiu naczekałam by stwierdzić, że miejsce to nie należy do moich ulubionych na świecie. Nic więc dziwnego, że nie chcę pachnieć w ten sposób. Bohater dzisiejszej opowieści, oud, nie ma na szczęście nic wspólnego ani z benzyną ani z zębologią.
piątek, 2 marca 2012
Chene Serge Lutens
"Wisiałem na wietrznym drzewie
Dziewięć straszliwych nocy
Raniony włócznią, oddany
Żywcem własnej mocy"
Powyższy cytat pochodzi z Havamal, części Eddy Starszej. Odyn, najwyższy z nordyckich bogów zwany czasem Panem Szubienicy albo Bogiem Powieszonych sam sobie (!) został złożony w ofierze, przez to posiadł magiczną moc i mógł nauczyć się sztuki runów i świętych pieśni.
czwartek, 1 marca 2012
Hermes: Eau Des Merveilles, Elixir des Merveilles i Eau Claire des Merveilles
Jednym z moich największych dziwactw zapachowych jest zamiłowanie do woni mocno słonych, im intensywniej wysyconych solą tym lepiej. Nie cierpię przy tym nut ozonowych, świeżakowatych odpadają więc wszelakie pachnidła "morskie", zwykle i na mój nos i tak mało słone. Przepadam natomiast za prawdziwym zapachem morza, słonej wody, mokrego piachu, butwiejących i gnijących roślin i wodorostów. Do tej pory echa tych woni z wybrzeża odnalazłam tylko w jednym pachnidle. Jednym, ale potrójnym, w zapachowej trylogii Hermesa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

