wtorek, 11 grudnia 2012

Grossmith: Saffron Rose i Golden Chypre

Dzisiaj będzie o tym, że drogie wcale niekoniecznie znaczy dobre i że marka z tradycjami nie zawsze oferuje zapachy godne swej historii. Dom perfumeryjny Grossmith znany wcześniej jako J.Grossmith& Son powstał w 1835 roku co czyni go jedną z najstarszych marek perfumeryjnych Wielkiej Brytanii. Wracający dzięki pasji prawnuka założyciela na wonny rynek po prawie sześćdziesięciu latach przerwy Grossmith oferuje trzy zapachy z przełomu XIX i XX wieku odtworzone pieczołowicie na podstawie cudem ocalałych z zawieruchy II wojny światowej receptur oraz kolekcję nowych pachnideł skomponowanych przez Trevora Nichollego. 
Nie testowałam jeszcze wydartych zapomnieniu pachnideł Grossmith sprzed wieku choć pilno mi do ich poznania. Jednak na początek sięgnęłam po co bardziej obiecujące zapachy z nowej kolekcji- i rozczarowałam się srodze. 



niedziela, 9 grudnia 2012

Eau d'Italie: Sienne l'Hiver

Znam zapachy tak sugestywne, wpasowane w naturalny cykl przemian przyrody, śmierci i odnowy, że nosić je potrafię tylko i jedynie określoną porą roku. Do perfum takich należy właśnie Sienne l'Hiver, sieneńska zima dla mnie będąca olfaktoryczna ilustracja naszej rodzimej późnej jesieni, czasu wydłużającej się nocy i porannych przymrozków, ściętych mrozem opadłych liści, grabiejących z chłodu dłoni, drżących ptaków przysiadających na nagich gałęziach drzew; czasu natury, która kamienieje obracając się w grudę zmarzniętej ziemi w oczekiwaniu na wiosenne zmartwychwstanie.
W tym roku przegapiłam kończący się wraz z nadejściem pierwszych śniegów sezon na Sienne l'Hiver, miło mi jednak będzie wrócić do niego choćby słowami.


piątek, 7 grudnia 2012

Keiko Mecheri: Iris d'Agent i Ume

Słowo "chypre" w imieniu lub linii perfum to niesłychanie skuteczny haczyk na niektóre ryby. Gdy szyprowości towarzyszy jeszcze wabiące określenie "vintage" zimna, rybia krew przyśpiesza grzejąc się w żyłach a łuski drżeć poczynają od żądzy, zupełnie niezwykłej dla stworzenia pędzącego swe życie w chłodnej wodnej toni. Keiko Mecheri zaproponowała mi dwa zapachy vintage chypre, zarówno w jednym jak i w drugim szyprowości jest jednak jak na lekarstwo, niewiele też znajduję w nich wyzwania, nonkonformizmu, mocy, gęstości, bezkompromisowości i intensywności, której spodziewałabym się po perfumach vintage.
Nie oznacza to jednak, że uważam Ume i Iris d'Agent za zapachy nieudane. Testowane symultanicznie na dwóch nadgarstkach stanowią piękne zestawienie ciepła i chłodu, światła wieczoru, miękkiego i żółtawego oraz wysokiego światła wczesnego południa,  zimnego, białego, ostrego. Noszone globalnie rozgrzewają albo chłodzą powietrze wokół ciała dając wrażenie termoizolacyjnej warstwy, zupełnie niewrażliwej na warunki atmosferyczne.


czwartek, 6 grudnia 2012

Keiko Mecheri: Oliban

Imię Oliban skusi każdego chyba miłośnika kadzidła. Ku memu zdumieniu podczas testów okazało się, że Oliban nie pachnie wcale olibanum. Budząca nieodmiennie kościelne skojarzenia żywica jest co prawda w zapachu gdzieś ukryta ale oblicze ma tak miękkie, słodkie i wdzięczne, że trudno w niej rozpoznać surowe, ascetyczne, chmurne i nieprzeniknione niczym twarz Boga Ojca kanoniczne ujęcie olibanum. No, chyba że uznamy iż Bóg jest nie ojcem a Matką.


wtorek, 4 grudnia 2012

Naomi Goodsir: Bois d'Ascese i Cuir Velours

Nie będę pisała o etycznych aspektach twórczości Naomi Goodsir, zrobiła to jakiś czas temu Wiedźma z Podgórza, ja mogę podpisać się pod każdym Jej słowem nie czując potrzeby aby powtarzać to, co zostało już powiedziane. Naprawdę, nie chciałam by uwiódł mnie któryś z zapachów tej projektantki. Zwykle gdy nie chcę się czymś zachwycać zachowuję dystans, może to moja uparta nieświadomość trzyma gusta w ryzach. Tym razem jednak magia zapachu okazała się nazbyt silna, moje ulubione ingrediencje perfumiarskie zmieszane dokładnie tak jak lubię podeszły mnie ze zręcznością Don Juana.
I nastroju nie poprawia mi nawet fakt, że drugi z dostępnych zapachów wzbudził u mnie chłodniejsze znacznie uczucia.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Paloma Picasso: Paloma Picasso EDP

Ostatnio pisałam o wizji kobiecości, która nie przekonuje mnie wcale, dziś zatem, dla równowagi, chciałabym opowiedzieć o kobiecości triumfującej, która zachwyca mnie i zabiera mi oddech; wytrawnej jak głęboko garbnikowe czerwone wino, bogatej, zmysłowej, pełnej szyku, wolnej od wahań i nieśmiałości podlotka, dojrzałej, pewnej siebie, świadomej swej magii.
Siłą kobiecości według Palomy Picasso nie jest doskonałość ani dążenie do nieosiągalnego ideału ale właśnie afirmacja skaz i defektów na których opiera się jednostkowość, wyjątkowość, niepowtarzalność, słowem, to wszystko, dla czego mężczyzna pożąda tej właśnie jedynej kobiety, opętany jej unikatowym pięknem ją tylko uwielbia i kocha.
Paloma Picasso w wersji wody perfumowanej potrafi być, w zależności od kontekstu i nastroju, elegancka, klasyczna aż do pewnej sztywności, formalna i stonowana albo też wyuzdana, bezwstydna aż do granic wulgarności. Potrafi się zapamiętać, zagubić w pasji gdy w wyrafinowanym, ostrym szyprze wyłamują się ciemne, nieprzyzwoicie fizjologiczne akordy zwierzęce rozgrzewane gorącym, pulsującym w rymie przyśpieszonego oddechu upojnym kwiatowym sercem.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...