środa, 25 kwietnia 2012

Etro Shaal Nur

Perfumy te otrzymały imię po hinduskiej księżniczce, dzielą je też z jedwabnym szalem stworzonym przez dom mody, który jest i ich twórcą. Spodziewać by się można było zapachu śliskiego i chłodnego jak jedwab, słodkawego, otulającego i egzotycznego, może nawet orientalnego. Tymczasem pachnidło to wywołuje u mnie skojarzenia bardzo europejskie- ale nie jest to w żaden sposób rozczarowujące, wygrzebane z zakamarków pamięci skojarzenia są bowiem tak samo miłe moim myślom jak zapach miły jest powonieniu.


Apteka "Pod Archaniołem".


Otwarcie jest jasne, gorzko- cierpkie. Cytrusy, jak to zwykle u Etro to świeżo zdarte z owoców skórki a nie soczysty miąższ, są czyste, transparentne, pozbawione słodyczy. Odrobina bardzo suchego, niepalonego kadzidła dodaje mi specyficznej chropowatości, zapach zdaje się drażnić błony śluzowe, ograbiać je z wilgoci ale wcale nie jest to nieprzyjemne uczucie. Nieśpiesznie, kropla po kropli do zapachu poczyna się wsączać petitgrain, oleisty, ciężki, lepki a ja mam wrażenie, że oto pochylam się nad starym kamiennym moździerzem, w którym ktoś roztarł olejek z gorzkiej pomarańczy wraz z kilkoma płatkami róży i garścią suchych pylistych ziół. Gorzko- ziołowy rozmaryn, ziarnista kolendra, estragon, tymianek, szałwia zmiękczone trzymającymi się w tle nutami drzewnymi są intensywne i energetyzujące, kojarzą się z tajemniczymi specyfikami o recepturze okrytej patyną wieków, z pigułkami wiecznej młodości, aqua vitae, środkami uśnieżającymi wszelkie bóle, tynkturami sprowadzającymi nagłą miłość i z panaceum, lekiem na każdą chorobę. 


Słowem Shaal Nur to zapach apteki z zamierzchłych czasów, miejsca, które na poły było sklepem zielarskim a na poły warsztatem alchemicznym, gdzie wiedza mieszała się z wiarą, chemia chadzała pod rękę z cudami a medycyna i magia były jednym i tym samym.
Balsamiczna woń wiekowego, ciemnego drewna, z którego wykonano masywne meble wyślizgane dotykiem pokoleń alchemików, aptekarzy i klientów, intensywna woń ziół i szczypta transparentnego, suchego, jakby powietrznego kadzidła sprawia, że gdy unoszę nadgarstki z Shaal Nur do twarzy przymykając oczy przenieść się potrafię w czasie, przestrzeni i wymiarach fantazji aż do praskiej apteki "Pod Archaniołem" w której Reynevan wraz z najwybitniejszymi czeskimi specjalistami od magii i nauk hermetycznych przywrócić zmusić istotę w ciele Samsona Miodka by zdradziła swoją prawdziwą tożsamość.
Sapkowski opisuje to miejsce tak: "...za sklepowa lada, za dębowymi drzwiami, kryła się właściwa apteka - z typowym dla apteki wyposażeniem: nie brakowało ani szafy z tysiącem szufladeczek, ani licznych słojów i butli z ciemnego szkła, ani mosiężnych moździerzy, ani wag. U powały wisiało na sznurku wysuszone monstrum, standardowa dekoracja pracowni czarodziejskich, aptek i kuglarskich bud - syrena, pół dziewica, pół ryba, będąca w rzeczywistości spreparowaną płaszczką".*
Ot, apteka jak apteka. Najciekawsze jednak pozostawało ukryte dla oczu niewtajemniczonych.
Na zapleczu lokalu kryło się to, dla czego przykrywką była jej działalność: miejsce spotkań i pracy pozostających w najściślejszej konspiracji praskich magów i alchemików. Tam odbywały się zakazane pod karą śmierci tajemne rytuały, tam mieściły się laboratoria dla opętanych wizją kamienia filozoficznego albo golema, biblioteki pełne zakazanych ksiąg nauk tajemnych dla spragnionych wiedzy, tam żyły poupychane po kątach w aptekarskich słojach homunkulusy, tam pod retortami i alembikami nigdy nie gasł płomień, tajemnicze substancje bulgotały, wrzały, koagulowały pachnąc dziwnie i niepokojąco. Świeży, ziemisty wetiwer, lekkie, na wpół transparentne piżmo, kadzidło nieodzowne do magicznych obrządków, niesłodka wanilia, suchy, pylisty kurz od wieków osadzający się na opasłych magicznych inkunabułach i wszechobecny, intensywny zapach ziół do sporządzania leków, tynktur, wywarów, trucizn i afrodyzjaków "...ze sproszkowanych bedłek, orzeszków piniowych, kolendry i pieprzu. Żartowano, że po zażyciu tego specyfiku nawet nieboszczyk zrywał się z mar i w podskokach pędził do burdelu."




Sugestia trochę dusznej, ziemisto- piwnicznej paczuli przypomina, że mamy do czynienia z miejscem działającym w utajeniu jest jej jednak zbyt mało by zdominowała zapach, czai się gdzieś w ukryciu, tuż przy skórze. Shaal Nur wraz ze swym trwaniem wysładza się odrobinę ciepłą mirrą, mięknie nie tracąc jednak specyficznej, szorstkiej suchości otwarcia. Aż do samego zmierzchu zapach pozostaje pylisty, podbity gorzkawą ziołowością, pół transparentny i piękny.








*Wszystkie cytaty pochodzą z powieści stanowiącej drugi tom trylogii śląskiej Boży Bojownicy pióra Andrzeja Sapkowskiego.
Ilustrację pierwszą pożyczyłam z http://www.flickr.com/photos/lucascrvalho/5874379060/sizes/z/in/photostream/
Ilustrację drugą znalazłam http://www.muzeumfarmacji.pl/prace.php
Ilustracja trzecia pochodzi z http://www.magiczny-lublin.pl/category/muzea/


3 komentarze:

  1. Sapkowski :))) To chyba kolejny wpis na swieto ksiazki:). najbardziej lubie wiedzmina ale reynevan tez jest fajny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny opis :) niestety na mnie najpierw są przyjemne przyprawy a potem Kokon w całej okazałości i to dość szybko , więc niestety jest miło , ale wtórnie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ewito, Widźmina nie czytałam w całości, podobały mi się szczególnie opowiadania o tym bohaterze. A Trylogię Śląską lubię bardzo- jest w niej kawałek rzetelnej historii a poza tym jest dobrze napisana.

    Parabelko, dziękuję bardzo za dobre słowo.
    Cieszę się bardzo, że Shaal Nur nie myśli się na mnie "kookonić", Coocon to jedna z moich zapachowych traum i najbardziej stęchłe wydane paczuli od czasów Borneo Lutensa.
    W Shaal Nur paczula jest, i owszem, ale taka w tle, nieinwazyjna.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...