piątek, 31 sierpnia 2012

Wakacyjna włóczęga: Wiedeń ...i niespodzianka.

Oto Wiedeń, stary dziwak. Rozsiadły na obu brzegach Dunaju, pocięty kanałami, rozległy, poważny, zamożny, nobliwy przypomina podstarzałego już ale nieskazitelnie eleganckiego gentlemana, który, odziany w nienagannie odprasowany garnitur kroju, który retro był już pół wieku temu w kawiarni o wykładanych ciemną boazerią ścianach, nad filiżanką Wiener Melange i Apfelstrudlem duma o przeszłości. Pewność swego kroku woli wspierać na lasce o rączce inkrustowanej słoniową kością, skronie przysypała mu już siwizna, olśniewająco biały, sztywny od krochmalu kołnierzyk wbija się bezlitośnie w wiotki podbródek ale jego pamięć wciąż jest żywa a serce, któżby pomyślał, młode.




Wiedeń nie bierze współczesności zbyt poważnie. Zgadza się na nią ale nowoczesne wynalazki są dla niego złem koniecznym. Niechętnie przyzwala by instalacje elektryczne kalały klasyczne fasady kamieniczek, pełnym wzgardy skrzywieniem ust kwituje jaskrawe uliczne światła, hałaśliwy ruch uliczny, tłumy turystów i błyskające zewsząd felsze. Wiedeń najlepiej prezentuje się w nikłym i rozproszonym świetle lamp naftowych, w ciszy nastałej po wybrzmieniu ostatnich taktów Wiedeńskiej Krwi Straussa.



Wiedeń nowoczesność uważa za sen, nie koszmarny lecz taki, który nuży i z którego trudno się obudzić. Wierzy jednak, że ocknie się w chwilach swej największej świetności, w wieku XIX, w czasach Austro- Węgier, dualistycznej monarchii Habsburgów.



Choć sędziwa i czcigodna stolica Austrii szczyci się historią znacznie dłuższą, sięgającą czasów rzymskich, choć znacznie wcześniej wybitni deptali wiedeńskie bruki a w salach i gabinetach wspaniałych płacy rozstrzygały się losy Europy zdaje się, że Wiedeń zasnął właśnie w okresie panowania cesarza Franciszka Józefa. To właśnie z tego czasu pochodzi to, co w Wiedniu najbardziej okazałe, najpiękniejsze: karne szeregi kamieniczek, zachwycający neogotycki Kościół Wotywny zdający się być bardziej przekonujący od gotyckiej katedry świętego Szczepana, oszołamiający ratusz, który tym tylko różni się od gotyckiej katedry, że w oknach jego brak witraży a wieży nie wieńczy krzyż.



Oczywiście nie mogłam odmówić sobie zawodowej pielgrzymki, rzutu oka na miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Pierwszy gabinet Sigmunta Freuda znajdował się w Wiedniu na Bergasse 19. Tam przyjmował najsłynniejszych swych pacjentów: człowieka- wilka, Annę O, Dorę, Irmę. Tam napisał Objaśnienia marzeń sennych, Wstęp do psychoanalizy, Totem i tabu. Chodząc po zaskakująco pustych pokojach, w których pracował (uciekając z Austrii przed nazistami w 1938 roku Freud zabrał ze sobą niemal cały dobytek) czułam niemal fizycznie jak wycieka ze mnie radosna ekscytacja, którą wnosiłam do tego muzeum. W sześciu pomalowanych na ciemną czerwień salach prócz kapelusza. laski i lustra nie było nic co należało osobiście do Freuda. I nic w czym można by odnaleźć choćby pobłysk jego geniuszu.



Ołomuniec to miasto na Morawach, zabłądziliśmy do niego zupełnym przypadkiem. Jego starówka jest prawie tak rozległa jak stare miasto w Pradze i niewiele starej Pradze ustępuje jeśli chodzi o piękno i urok.



W jednej z odchodzących z ołomunieckiego rynku uliczek również przypadkiem znaleźliśmy sklepik, w którym kupić można, po uprzedniej degustacji, młode czeskie wina z beczki. Wspaniałe, cierpkie wytrawne trunki sprzedająca nalewała wprost do plastikowych butelek podobnych do tych od wody mineralnej. Butelki te poważnie dociążyły nasz samochód i tak już wypełniony winami ze wszystkich krajów, które odwiedziliśmy.
Wiele ich było wiele więc wina czeka na skosztowanie.
I wiele wspomnień będzie do wina.

Właśnie mijamy Częstochowę, Polska powitała nas deszczem.
Za chwilę, za dwie będę w domu.

6 komentarzy:

  1. Wiedeń i Salzburg kocham miłością większą, niż sentyment do ładnych miejsc. Taką, do której źródła się nie przyznam. A w Ołomuńcu bywałam na sympozjach naukowych. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedeń do niedawna był w pobliżu mnie, prawie po sąsiedzku, ale wczoraj wrócił już do domu. ;)) Lubię moich sąsiadów właśnie za niewymuszony luz, za to "godzenie się" łaskawe na nowoczesność, za odwagę bycia po prostu sobą. :)
    Chyba sporo z tego ducha dryfowało po dawnych CK ziemiach, bo i ja czuję coś z nich w kościach. ;) To plus zamiłowanie do życia kawiarnianego; nie klubowego a kawiarnianego właśnie. :))
    Słyszałam, że muzeum Freuda to mekka wszystkich psychiatrów odwiedzających Wiedeń. Jak widać, nie bez podstaw. :) Zresztą trudno się dziwić. :)

    Witaj z powrotem w Polsce! Niech Wam wino idzie na zdrowie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż nie chce się wracać do szarej codzienności po tak fascynującym urlopie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sabbath mogę tylko żałować, że sympozja z mojej branży nie są organizowane w tak pięknych miejscach.
    W odwiedzonym już kilkakroć Wiedniu ani w żadnym innym mieście niemieckojęzycznym się nie zakochałam z przyczyn, do których nie przyznam się publicznie. Choć niewątpliwie są to bardzo piękne miejsca.

    Wiedźmo ja za to wszystko co wymieniłaś lubię Czechów. Mam wielką słabość do tego narodu i kraju, do jego literatury i poezji. W wolnych chwilach uczę się czeskiego, z satysfakcją stwierdziłam że udaje mi się porozumieć w tym języku.
    Czesi miast w kawiarniach przesiadują w hospodach, miejscach gdzie wyborne piwo leje się strumieniami, kelnerzy są programowo wyniośli i nieuprzejmi a duch Hrabala wciąż obecny.
    I ja choć piwa (innego niż czeskie) nie cierpię, dymu papierosowego nie znoszę przesiadywać w hospodach kocham. Siedzieć, pić, śmiać się i czuć się jak w rodzinie z zupełnie obcymi ludźmi.

    Tovo, nie chce się, oj nie chce.
    Dotarłam własnie do pracy i żadnej we mnie radości nie ma choć wiem, że wróciłąm do miejsca, w którym jestem potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak mam po każdym urlopie :)

      Usuń
  5. Hihi! Ależ my obie jesteśmy tajemnicze... :)))

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...